Ojciec na dwóch frontach. Artykuł z okazji Dnia Ojca

W ciszy sali koncertowej każdy dźwięk ma znaczenie. Tam Robin Stevenson-Szwec przez lata uczył się precyzji, wrażliwości i słuchania — nie tylko muzyki, ale i drugiego człowieka. Jako muzyk klasyczny związany z olsztyńską filharmonią budował świat harmonii, gdzie emocje znajdują ujście w dźwiękach, a piękno staje się językiem uniwersalnym. Dziś jego scena wygląda zupełnie inaczej. Zamiast miękkiego światła reflektorów — błyski ognia na horyzoncie. Zamiast ciszy przed koncertem — wybuchy shahedów na froncie. Zamiast relaksu przy dźwiękach instrumentów – napięcie przed kolejną misją.

Minęły cztery lata od kiedy Robin, razem z żoną Rosslyn, służy jako certyfikowany kapelan wojskowy w Ukrainie. Tam, gdzie codzienność wyznacza rytm wojny, on próbuje przywracać ludziom wewnętrzny spokój, porządek.

Ale ta historia nie jest opowieścią o jednym życiu — tylko o dwóch, które toczą się równolegle.

Robin nie porzucił muzyki. Wciąż wraca do filharmonii, do swojego miejsca wśród artystów, do partytur i prób, do dźwięków, które porządkują świat.

Swoją służbę kapelana wojskowego dzieli z pracą muzyka — jedną i drugą traktując nie jako obowiązek, lecz powołanie. Do Ukrainy wyjeżdża kilka miesięcy w roku, oddając na tę służbę także swój dwumiesięczny wakacyjny urlop.

To czas, który inni przeznaczają na odpoczynek — on oddaje tym, którzy odpoczynku nie mają.

Powroty między tymi dwoma światami nie są łatwe. Z jednej strony — eleganckie wnętrza filharmonii, skupienie publiczności, precyzja dźwięku. Z drugiej — błoto, zmęczenie, cisza przerywana wybuchami. A jednak Robin odnajduje w obu przestrzeniach wspólny mianownik: człowieka.

Bo zarówno muzyka, jak i kapelaństwo zaczynają się od słuchania.

Zanim stał się „ojcem dla żołnierzy”, był — i jest — ojcem dla swoich synów.

Samuel i Jonatan to dorośli mężczyźni. Żyją swoim życiem, ale wychowani w domu, gdzie wiara nie była teorią, lecz praktyką życia. Gdzie obecność ojca oznaczała nie tylko troskę, ale i przykład — konsekwentny, czasem wymagający, zawsze prawdziwy. Ojcostwo Robina nie kończy się na biologii. Ono dojrzewało razem z jego synami, ucząc ich odpowiedzialności, odwagi i służby innym.

Dziś to samo ojcostwo przybrało nowy wymiar.

Na froncie Robin spotyka wielu ukraińskich żołnierzy — często młodszych od swoich synów. W ich oczach widzi strach, zmęczenie, czasem rezygnację. Niektórzy stracili wszystko: domy, bliskich, poczucie bezpieczeństwa. W takich momentach nie potrzeba wielkich słów. Czasem wystarczy obecność.

Kapelan nie nosi broni, ale jego zadaniem jest walka o coś równie kruchego — o nadzieję.

Robin słucha. Modli się z żołnierzami.

Towarzyszy im w chwilach ciszy i rozpaczy. Bywa przy nich, gdy wracają z akcji — i gdy już nie wracają ich towarzysze. W takich chwilach staje się kimś więcej niż duszpasterzem. Staje się ojcem — tym, który nie ocenia, ale przyjmuje; nie ucieka, ale zostaje.

To właśnie w tych doświadczeniach szczególnie wybrzmiewa obraz Boga jako Ojca — nieodległego i surowego, lecz bliskiego, współczującego i wiernego. „Jak ojciec lituje się nad dziećmi, tak Pan lituje się nad tymi, którzy się Go boją” (Psalm 103,13). Na froncie te słowa przestają być tylko cytatem — stają się rzeczywistością, której żołnierze rozpaczliwie potrzebują.

Robin często wraca myślami do przypowieści o synu marnotrawnym (Ewangelia Łukasza 15,11–32) — historii o Ojcu, który nie przestaje kochać, nawet gdy jego dziecko odchodzi. To właśnie na tej przypowieści oparł swoją książkę „Ojcostwo Boga”, w której pokazuje, że prawdziwe ojcostwo nie polega na kontroli, lecz na miłości, cierpliwości i gotowości przyjęcia na nowo.

Na wojnie ta prawda nabiera szczególnej mocy.

„Nie zostawię was sierotami; przyjdę do was” (Ewangelia Jana 14,18) — te słowa Jezusa Robin przypomina tym, którzy czują się opuszczeni. A gdy brakuje sił, wraca do obietnicy: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie” (Psalm 23,1).

„Ojcostwo to obecność” — mówi, kiedy pytam go, co znaczy dla niego ten dzień. Nie mówi o poświęceniu. Nie mówi o bohaterstwie. Mówi o byciu.

Rosslyn jest zawsze obok niego — nie tylko jako żona, ale jako współwykonująca tę służbę. Razem tworzą przestrzeń, w której żołnierze mogą na chwilę zdjąć ciężar wojny. Ich służba to nie spektakularne gesty, lecz codzienna wierność — ludziom, powołaniu, Bogu.

W Olsztynie ktoś wciąż słucha jego muzyki. Na wschodzie ktoś czeka na jego obecność.

 Między tymi dwoma światami Robin buduje most — z dźwięków, ciszy i wiary.

W Dniu Ojca nie świętuje w tradycyjny sposób. Być może nie ma czasu na długi rodzinny obiad. Ale jest coś więcej — świadomość, że jego ojcostwo sięga dalej, niż mógł kiedyś przypuszczać.

Bo ojciec to nie tylko ten, który daje życie.

To także ten, który przypomina, że nawet w najciemniejszym miejscu człowiek nie jest sam.

Na podstawie korespondencji do redakcji, 21 czerwca 2026 r.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do treści